wtorek, 30 stycznia 2018

Zaśnij wreszcie, czyli jak usypiałam dziecko od noworodka do dwulatka

fot. Iga Hejna z Miga Studio

Uwielbiam usypiać moje dwuletnie dziecko. A to chyba dlatego, że czasem sobie przypominam, jak to wyglądało jeszcze rok czy dwa lata temu. Bo ty źle robisz - mówili. Zostaw go, niech się wypłacze - zastosuj metodę 3-5-7 - mówili. Ale to nie dla mnie. Mam inne podejście i przekonania. Więc jeśli chcesz znaleźć u mnie jedną cudowną, szybką i skuteczną metodę, to cię rozczaruję - nie znajdziesz. Ostatnio dużo myślę o pierwszych miesiącach życia mojego dziecka, bo wkrótce ponownie zacznę ten etap - z drugim dzieckiem. I nie ukrywam, że usypianie to jeden z tematów, które najbardziej spędzały mi sen z powiek. Bo dzieci śpią fatalnie. Przynajmniej moje.

Nie zdecydowałam się na naukę samodzielnego zasypiania, bo dzieci w ten sposób wcale nie uczą się samodzielnie zasypiać, tylko tego, że nie ma sensu płakać, bo i tak nikt do nich nie przyjdzie. Okazuje się, że wcale nie przestają się budzić, tylko tracą nadzieję, że ktoś im pomoże zasnąć. Ciekawe artykuły na temat snu dziecka znajdziecie na blogu wymagajace.pl, a konkretnie polecam ten, ten i ten artykuł.

Informacje na temat szkodliwości treningu samodzielnego zasypiania, do których dotarłam w internecie i książkach, skutecznie zniechęciły mnie do ich wypróbowywania. Zresztą po prostu takie podejście mi nie odpowiada i już. Sama nie chciałabym być tak traktowana. A bywałam już u kresu wytrzymałości. Usypianie trwało dłużej niż sam sen. Po każdej drzemce dziecko płakało (u mojego syna to ewidentnie tzw. sleep inertia), było "nie w sosie" przez co najmniej pół godziny od pobudki, kiedy to jakieś niewielkie ukojenie jego niezadowolenia powodował maraton karmienia, noszenia albo innego bujania. Na dodatek dzieci cały czas się zmieniają - nigdy nie wiedziałam, co tym razem zadziała, bo jedyna stała to to, że gdy już znajdziesz sposób, to następnym razem on przestaje być skuteczny. Podejrzewam, że dodatkowo często działało jeszcze mózgowe wi-fi - dziecko odczuwało moje zmęczenie /poirytowanie /zdenerwowanie /napięcie itp. 

Zapewne słyszałaś, że nie powinno się usypiać dziecka przy piersi. Bzdura. Byłam wniebowzięta, gdy moje dziecko zasypiało na piersi i nic innego mnie nie obchodziło.

Problem pojawiał się, gdy przy piersi nie zasnął. Wtedy pozostawała jakaś forma bujania. Przyzwyczaiłyśmy sobie dzieci do bujania, nosząc je w swoim brzuchu, to teraz mamy ;)

Przede wszystkim, jeśli masz taką możliwość, polecam zaangażowanie do usypiania ojca dziecka albo kogokolwiek innego. Piersią nie nakarmi, ale do innych sposobów usypiania się nada. My zamienialiśmy się, gdy ten, komu przypadło usypiać, był u kresu psychicznej lub fizycznej wytrzymałości. Gdy w mojej głowie pojawiały się niepokojące mnie obrazy, wiedziałam, że czas wezwać męża.

Pierwszy sposób bujania, jaki przyszedł nam do głowy to noszenie na rękach. Potrafiliśmy przejść tak w nocy niezliczone kilometry. Niestety ręce i plecy czasem odpadają.

Jeden z lepszych gadżetów do usypiania dziecka znajdziesz w sklepie sportowym. Plecy bolały nieco mniej właśnie dzięki piłce gimnastycznej. Mój mąż poleca - siadał na niej z dzieckiem na rękach i skakał. Ja chyba coś robiłam źle, bo plecy dalej mnie bolały.


Jeszcze lepszym moim zdaniem gadżetem do usypiania jest chusta do noszenia dzieci. Motasz takie dziecko, nosisz i zajmujesz się swoimi sprawami, bo masz wolne ręce. Kręgosłup też świetnie odciąża. Dla mnie rzecz niezbędna w wyprawce. Gdy dziecko już samodzielnie siada, jest jeszcze prościej, bo możesz wtedy zacząć używać ergonomicznego nosidła, które zdecydowanie łatwiej i szybciej się zakłada. Dodam, że chusty i nosidła używałam również w czasie drugiej ciąży, gdy starszak wymagał uśpienia. W przypadku chusty można zastosować takie wiązanie, które nie uciska brzucha, a jeśli chodzi o nosidło, to dla ciężarnych nadaje się onbu. Żeby nie było tak kolorowo, wspomnę, że moje dziecko nie zawsze ochoczo wskakiwało do tych cudownych kawałków materiału. Bo nagle pojawia się coś takiego jak bunt chustowy. I wtedy trzeba szukać innych sposobów. Ale do chusty znów kiedyś się wraca.


Podobno dzieci zasypiają na spacerze w wózku. Nawet mojemu nienawidzącemu wózka dziecku zdarzały się okresy, kiedy całkiem chętnie w nim zasypiał. Wózek buja, więc czasem działa. Ale nie przesadzaj z tym bujaniem. Niestety szczególnie z babciami kojarzę takie energiczne bujanie wózkiem, które mnie przeraża, bo dzieci w ten sposób prawdopodobnie zasypiają nie od bujania, ale ze strachu - taki odruch obronny.

Podobno dzieci zasypiają też podczas jazdy samochodem. I tu też mój syn czasem zaskoczył, bo mimo tego, że nie lubił fotelika samochodowego, to miewał okresy, w których bez płaczu zasypiał w aucie.

Całkiem przypadkiem odkryłam kiedyś, że świetnym usypiaczem może być huśtawka. Moje dziecko czasem tak odpłynęło w klubie mam czy na placu zabaw.

I na koniec coś wspaniałego, czego doczekałam się po prawie dwóch latach. Zasypianie wieczorem bez bujania. Co prawda do drzemki w dzień bez bujania nigdy nie doszliśmy (syn wcześniej niż tę zdolność opanował brak drzemki), ale to normalne, bo w nocy sen jest dodatkowo wspierany przez melatoninę, czego w dzień po prostu nie uświadczysz. Ale jak to się stało, że moje dziecko zaczęło zasypiać bez bujania? Po prostu do tego dorosło i przestało tego potrzebować. Nastąpiło to jakieś trzy miesiące przed jego drugimi urodzinami. Akurat mąż przebywał wtedy w delegacji, więc usypianie spoczywało wyłącznie na moich barkach. Dosłownie barkach, bo wieczorne usypianie odbywało się u nas wtedy w chuście. Któregoś dnia syn usnął, a ja wyciągnęłam go z chusty. Niestety w tym momencie obudził się, a ja fizycznie nie byłam już w stanie go nosić (12 kg na plecach drobnej kobiety to nie takie nic). Wytłumaczyłam mu, że jestem już bardzo zmęczona i zaproponowałam, że się przytulimy i położymy się razem w łóżku. I udało się! Trochę to trwało, ale zasnął.

W czasie kolejnych wieczorów próbowałam się wspomóc książkami, ale syna to bardziej rozbudzało niż wyciszało. Kiedyś nawet uparł się, że zaśnie przytulony do książki (a to nie jedyna niestandardowa przytulanka, z którą przyszło nam usypiać, bo była też na przykład piłka). Mój mąż wpadł na pomysł, żeby książek nie czytać, tylko je opowiadać, żeby nie trzeba było świecić światła, a ja ten pomysł zmodyfikowałam i po prostu zaczęłam opowiadać, jak mój syn spędził dzień. Najpierw go pytam, czy to był dobry dzień, na co on zawsze z entuzjazmem odpowiada, że tak. To niesamowite, że dla dziecka każdy dzień jest dobry. Kiedyś zapomniałam go o to zapytać, na co oburzony powiedział: mamusia, a dobry dzień? Nie mogę się doczekać kiedy zacznie mi opowiadać, co mu się konkretnie tego dnia podobało.

Na sam koniec wspomnę o czymś, czego szczerze nienawidziłam - nieodkładalność. Bardzo często powracająca przypadłość mojego dziecka. Bo nie sztuką jest uśpić, sztuką jest odłożyć. W pewnym momencie poszliśmy po rozum do głowy i przestaliśmy próbować odkładać dziecko do łóżeczka (bo ileż razy pod rząd można usypiać jedno dziecko), tylko kładliśmy się z uśpionym już synem na naszym łóżku i zsuwaliśmy delikatnie z siebie. Gdy wszedł w głębszą fazę snu, można się było ewakuować i dopiero w porze naszego zasypiania wrócić do sypialni i spać razem.


Moje dwuletnie dziecko nie zasypia samodzielnie, ale pewnie będzie mi żal, kiedy przestanie już potrzebować mnie obok i mówić: mamusiu, daj rączkę, więc korzystam z tych miłych chwil, kiedy w końcu nie męczę się fizycznie, nosząc słodkie kilogramy na swoich plecach, tylko spędzam kilka miłych wieczornych minut. Kiedyś na pewno nadejdzie taki dzień, kiedy twoje dziecko przestanie potrzebować piersi, bujania, a na koniec nawet twojej ręki do zaśnięcia. A ten czas zapewne kiedyś nadejdzie, bo nie znam dorosłego, którego trzeba ukołysać do snu.


A jak u Ciebie wygląda usypianie dziecka?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz